Rowerem po Angkorze

Zwykły wpis

Do Kambodży pojechałam tylko na pięć dni, głównie po to, żeby zwiedzić Angkor, i wyjechałam stamtąd z poczuciem, że wiem o tym kraju zdecydowanie mniej, niż zanim tam pojechałam. A przynajmniej, że dużo mniej rozumiem.

Krótki zarys najnowszej historii Kambodży przedstawia się tragicznie: po wojnie domowej, konflikcie z Wietnamem oraz bombardowaniach Amerykanów w 1975 roku do stolicy Phnom Penh weszli komunistyczni Czerwoni Khmerzy, z Pol Potem na czele. W ramach realizowania autorskiej ideologii w dniu, w którym zajęli stolicę, dokonali ewakuacji prawie 3 milionowego miasta na prowincję, pod pozorem zagrożenia nalotami USA. Podobnie wysiedlone zostały inne miasta – ich mieszkańcy mieli iść w pole uprawiać ryż aby nie ulegać pokusom kapitalizmu.
Własność prywatna, pieniądze i rynek zostały zakazane. Zniesiono instytucję rodziny i zakazano szkolnictwa.
Plan długofalowy zakładał, że kraj będzie samowystarczalny w kwestii wyżywienia, a nadwyżka produkcji ryżu oraz kauczuku będzie przeznaczona na eksport. Uzyskane w ten sposób pieniądze miały przyczynić się do przemysłowego rozwoju kraju. „Intelektualiści” stali się zbędni, a wręcz szkodliwi, więc należało się ich pozbyć wysyłając do więzień albo zmuszając do niewolniczej pracy, chociaż akurat do tego były zmuszane wszystkie klasy społeczne.

Pol Pot rządził cztery lata, 1975 – 79, dopóki do Kambodży nie weszli Wietnamczycy, którzy obalili Czerwonych Khmerów i ustalili prowietnamski rząd w Phnom Penh. Wskutek rządów Pol Pota życie straciło około 2 milionów ludzi, co stanowiło 1/4 populacji kraju. Im bardziej wykształcony był człowiek, tym niższe jego szanse na przeżycie. Pol Pot, który nigdy nie został ukarany, tak samo jak reszta rządzących, pozostawił zrujnowany kraj oraz kilka milionów min lądowych, od których wciąż giną ludzie.

Dzisiejsza Kambodża jest krajem biednym nawet jak na warunki panujące w Azji Południowo-Wschodniej, a główne dochody kraj czerpie z produkcji tekstyliów oraz turystki – tysiącletnia stolica imperium Khmerów przyciąga około 2 milionów turystów rocznie. Trzy lata temu zawieszono funkcjonowanie kolei ze względu na jej fatalny stan. Za to wyremontowano główne drogi, prowadzące do Angkoru i Phnom Penh, oraz granic z Tajlandią, Wietnamem i Laosem. Przypuszczam, że to jeden z niewielu krajów na świecie z jednopasmowymi autostradami, w dodatku prawie bez samochodów.

Jadąc do Kambodży, spodziewałam się strasznej biedy, którą będzie widać wszędzie, i bardzo niskich cen, bo średni dzienny dochód mieszkańca to 1 USD na dzień. W stolicy średnia pensja jest wyższa, dochodzi do 100 USD na miesiąc (dane na rok 2010).

A ceny w miastach bynajmniej tego nie odzwierciedlają. Obiad w restauracji, makaron albo ryż z warzywami i mięsem w której jedzą też Khmerzy kosztuje 1,5 -3 USD (waluta to riel ale w powszechnym użyciu jest dolar – riele funkcjonują głównie jako centy). Na początku myślałam, że to ceny dla turystów, ale po przypatrzeniu się, ile płacą Khmerzy doszłam do wniosku, że jednak nie. Nawet ceny na rynkach wcale nie są niższe, a najtańszy ryż w sklepie specjalistycznym kosztował ok 70 centów za kilogram. Pozostaje dla mnie zagadką, z czego ludzie żyją. Jedyne, co jest naprawdę tanie to rękodzieło, odzież, ozdoby i wszystko, co produkuje bardzo tania siła robocza. Za to w sklepie z elektroniką zobaczyłam lodówkę za 5000 USD i telewizory w jeszcze wyższych cenach. Rozwarstwienie społeczne jest straszliwe.

Phnom Penh, które ponoć niesamowicie się rozwinęło w ostatnich latach i tak wygląda jak średniej wielkości polskie miasteczko, tyle, że samochodów jest mniej. Dominują skutery. Komunikacji miejskiej nie ma. Jedynie szerokie ulice i piękny bulwar nad Mekongiem (którego remont sponsorował rząd japoński) przypomina o kolonialnej przeszłości miasta.

Ciekawe jest tylko, że biedy tak bardzo nie widać. Żebraka widziałam może jednego, wszyscy, nawet ofiary min, starają się pracować, czyli sprzedają artykuły na ulicy, czyszczą buty czy zakładają zespoły grające muzykę ludową przed zabytkami. Bezdomnych nie widziałam, i nie mam pojęcia, co się z nimi dzieje. Biedne dzielnice widać, no ale na pewno nie jest to bieda w skali indyjskiej.

Tak więc, Kambodża pozostaje dla mnie zagadką. Żałowałam, że nie mam już czasu żeby wypożyczyć skuter na tydzień i objechać mniej turystyczne rejony kraju, żeby zobaczyć, jak tu naprawdę wygląda. Pozytywne jest natomiast, że rozwój gospodarczy w ciągu ostatniej dekady regularnie sięga 8% w skali roku, co jest  jednym z najlepszych wyników na świecie. Dodatkowo, na wodach terytorialnych odkryto złoża ropy i gazu, eksploatacja zacznie się w roku 2013, i ponoć mocno zmieni oblicze kraju. Na pewno idzie ku dobremu.

Samego Angkoru nie będę opisaywać, bo tu podobny problem, jak w przypadku Indii się pojawia – słowa ani zdjęcia tego nie oddadzą. Chyba najwspanialsza rzecz, jaką widziałam do tej pory. Rzucił mnie na kolana.

Angkor mieści się na olbrzymim terenie, na którym rozrzucone są ruiny kamiennych świątyń i pałaców z IX – XII wieku n.e., z których wiele już zabrała dżungla. Wśród ruin są położone pola ryżowe, wioski i szkoły (jedna nawet sponsorowana przez TV Polsat).
Widok mnicha buddyjskiego dokonującego poświęcenia nowego skutera rodziny, które to poświęcenie polegało na oblewaniu rodziny i skutera wodą, przy recytacji sutr, na tle tysiąceletniej świątyni – bezecenne. 🙂

Jeździłam tam rowerem przez trzy dni, co tak naprawdę było zdecydowanie zbyt krótkim okresem czasu aby zwiedzić teren tak, jak bym chciała, ale cóż – przyjadę ponowinie za parę lat i zobaczę, na ile kraj się zmienił. 🙂

Angkor na pewno jest miejscem, które polecam każdemu (kto wyraża choć minimalne zainteresowanie ruinami;)) Jest to coś, co trzeba zobaczyć na własne oczy.

Tajska religijność

Zwykły wpis

Tajowie są nacją chyba równie religijną, co Hindusi, tylko w tym kraju niepodzielnie rządzi Budda. Mnisi są najbardziej uprzywilejowaną i bardzo szanowaną grupą społeczną, a świątynie, kapliczki, ołtarzyki i sklepy z dewocjonaliami widać na każdym rogu.  (A  bycie pod wrażeniem religijności jakiegokolwiek kraju po półrocznym pobycie w Indiach, to naprawdę duże osiągnięcie!)

W świątyniach, których jest pewnie więcej, niż naszych kościołów, za posągiem buddy znajduje się zwykle miejsce „relaksu”, gdzie ustawiony jest wentylator, czajnik oraz kubeczki, kawa i herbata. No i oczywiście krzesełka, na których siedzą pogrążone w ploteczkach babcie, więc świątynia często przypomina punkt spotkań towarzyskich, chociaż plotki czasem bywają przerywane modlitwą. Z drugiej strony, bardzo wiele osób rzeczywiście przychodzi po to, żeby pogrążyć się w modlitwie lub medytacji, albo studiować leżące na półkach książki z naukami Buddy.
No i każda świątynia ma przynajmniej kilka kotów, które nie przejmują się za bardzo faktem, że są w świętym miejscu.

Ponoć w prawie każdej tajskiej rodzinie jest przynajmniej jeden mnich, i trudno o bardziej respektowany zawód. Dzieci w wakacje często wysyła się do klasztorów na nauki, ale nie jestem do końca przekonana, czy to idealna forma spędzenia wolnego czasu :).
Ponieważ według tradycji (obecnie nie do końca przestrzeganej) mnich nie może nosić przy sobie pieniędzy, które są symbolem przywiązania do materialnego świata, w świątyniach nie składa się mnichom ofiar pieniężnych, tylko „kubełkowe”. Tak jak młodzi turyści na głównych ulicach mogą kupić sobie kubełek, w którym jest spora butelka dowolnego alkoholu, lód, oraz puszka napoju, tak mnichom można kupić nieco większy kubełek wypełniony słodyczami, środkami czystości, jedzeniem, kawą, parasolkami, i wszystkim, co może być panu w szafranowych szatkach potrzebne.

Inną metodą zdobywania jedzenia przez mnichów jest poranne obchodzenie restauracji –  to rzeczywiście robią na boso – i praktycznie wszędzie czeka na nich paczka przygotowanego jedzenia. Jak wygląda kwestia nie posiadania pieniędzy nie wiem, ale w centrum handlowym dedykowanym elektronice mnisi stanowili spory odsetek klientów. Przypuszczam, że karty kredytowe nie są uważane za pieniądze ;).

W buddyzmie dobra karma jest bardzo ważna, gdyż daje nadzieję na lepszą inkarnację w  przyszłym życiu, więc Tajowie bardzo dbają o swoją karmę. W dość absurdalny sposób. Przed świątyniami znajdują się stoiska z pokarmem dla ryb, który można wrzucić do rzeki, po odmówieniu modlitwy. W życiu nie widziałam takiej ilości spasionych sumów, które chleb jedzą z ręki, i również ręką można je z tej rzeki wyciągnąć. Karmi się też gołębie, które wchodzą ludziom na stopy i siadają ludziom na rękach. No i mnichów, jak wspomniałam wyżej.

Ale to jeszcze nic. Najwyraźniej nakarmienie zwierzęcia (a nawet mnicha) nie jest aż tak wysoko punktowane, jak danie mu wolności, bo przy świątyniach są klatki z ptakami, które można „uwolnić” za odpowiednią opłatą (ponoć później i tak wracają do klatki), a przy świątyniach położonych przy rzece znajdują się niemalże sklepy akwarystyczne: można kupić paręnaście gatunków ryb, małe żółwie, ropuchy i inne wodne stworzenia. Zakupione żyjątko jest pakowane w wiaderko, a następnie idzie się z nim do rzeki i tam się je wypuszcza. Chyba nikt nie zastanawia się dłużej nad faktem, że aby wypuścić zwierzę, najpierw trzeba było je złapać.
Co by nie wyróżniać się w tłumie, zakupiłam i ofiarowałam wolność żółwikowi, aczkolwiek nie jestem do końca pewna, czy maleństwo wpuszczone do wielkiej rzeki przeżyło moją dobroczynność. No i co w związku z tym z moją karmą?!

Bardziej uprzywilejowaną grupą społeczną niż mnisi jest chyba tylko jednosoobowa grupa składająca się z króla, mającego tytuł Obrońcy Wiary Buddyjskiej i rządzącego krajem zgodnie z naukami Buddy.
Negatywne wypowiadanie się na temat jego wysokości grozi karą więzienia, a w kinach przed seansem puszczany jest hymn narodowy (nie powstanie grozi konsekwencjami z więzieniem włącznie) oraz kroniką zdjęć z panowania władcy. Nawet w warsztatach samochodowych zamiast kalendarzy z roznegliżowanymi panienkami są kalendarze z królem (w kompletnym stroju).

W sumie to dobrze, przynajmniej jedna postać związana z polityką jest szanowana (jako że mnisi się nie wtrącają do tej dziedziny życia).

Bangkok

Zwykły wpis

Bangkok, miasto o przypuszczam najdłuższej nazwie na świecie, w tłumaczeniu oznaczającej: Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu, jest chyba najlepszym miastem, w jakim do tej pory byłam, głównie za sprawą niesamowitej różnorodności.

Można tu znaleźć absolutnie wszystko: małe, wąziutkie, typowo azjatyckie  uliczki, kanały obstawione domkami na palach, nowoczesne dzielnice z fantastycznymi centrami handlowymi tuż pod którymi rozstawiono malutkie straganiki z absolutnie wszystkim.  Asortyment rozciąga się od ubrań i biżuterii przez jedzenie, stoiska z zakazem fotografowania, na których można zamówić dowolny dokument typu dyplom amerykańskiej uczelni, paszport czy prawo jazdy, po straganiki z „new teen porno”, sztucznymi waginami, viagrą i valium leżącymi koło siebie. (Dodam, że w tej okolicy tych ostatnich jest najwięcej „pure veg Indian restaurants”, więc grupa docelowa jest dość oczywista). Parę ulic dalej są luksusowe kluby karaoke (i nie tylko), na których napisy są wyłącznie po japońsku, i kłębią się japońscy biznesmeni „w delegacji”, w otoczeniu młodziutkich Tajek.

Do klubów zapraszają słynni ladyboysi – często nawet Tajowie nie są w stanie odróżnić, czy to mężczyzna czy kobieta, więc można mieć niespodziankę w łóżku. Ponoć się zdarza.

Jest cała dzielnica adresowana dla backpackersów, wypełniona młodzieżą i hippisami z całego świata, oferująca alkohol na kubełki (tajska specjalność), gdzie funkcjonują nie tylko restauracje, ale i biura podróży pod gołym niebem, a po bokach chodnika rozstawione są fotele do masażu i akwaria z fish-spa.

Masaż jest wszechobecny, nie tylko w wydaniu dla turystów – wieczorami na chodnikach w mniej popularnych częściach miasta wyrastają maty lub kocyki, pełniące funkcję „salonów masażu”, na których można się położyć i zostać wymasowanym – Tajowie korzystają z tego dość chętnie patrząc, ile jest takich miejsc i jaki jest w nich ruch.

W innej części miasta jest dzielnica chińska z restauracjami oferującymi płetwy rekinów, której ulice również, jak w prawie całym Bangkoku, wieczorem są zastawione stoiskami i knajpkami. Do tego całe dzielnice sklepów z dewocjonaliami, oferujące postacie buddów dowolnej wielkości oraz naturalnie wyglądające „modele” mnichów. Świątyń buddyjskich jest niesamowite bogactwo (jest ich chyba więcej, niż u nas kościołów), i wszechobecne są portrety króla Ramy IX, w różnych konfiguracjach – samemu, z szablą, z małżonką itp. Król ma 89 lat, ale zdjęcia pokazują go w wieku od lat około 10 do około 70, późniejszych chyba nie ma. Rodzina królewska jest ponoć bardzo poważana, widziałam nawet nastolatkę w koszulce z napisem „kochamy króla”, a kilkumetrowe portrety w złotych ramach są przed każdą szkołą, budynkiem publicznym i na każdym skrzyżowaniu, a dodatkowo wiele prywatnych firm stawia swoje własne.

Komunikacja miejska podziemna (metro), nadziemna (skytrain) oraz nawodna (promy pełniące funkcję tramwajów) działa fenomenalnie, natomiast komunikacja naziemna nie działa w ogóle. Przez miasto biegną pięciopasmowe drogi, zakorkowane nawet w weekendy oraz późnymi wieczorami. Rozwiązaniem są taksówki -motory, najwyraźniej cieszące się dużą popularnością.

Jedzenie na przenośnych straganach jest genialne, można się tylko toczyć od jednej budki do drugiej, i za każdym razem próbować czegoś innego. W dodatku, o ile  w dobrych restauracjach ceny nie odbiegają mocno od naszych, a w centrach handlowych są głównie sklepy, o jakich nawet Polak z ponadprzeciętnymi dochodami może pomarzyć, to na ulicy jest śmiesznie tanio, niezależnie od tego, czy się kupuje owoce, mrożoną kawę, grillowanego kurczaka, krewetki, czy koszulę od Armaniego, bokserki od Calvina Kleina lub Rolexa.

Na  razie spędziłam w Bangkoku 6 dni, od rana do wieczora wchodząc wszędzie, gdzie się dało, i mam poczucie, że zobaczyłam mały fragment tego, co bym chciała. Przed wylotem powinnam być tam jeszcze na parę dni, a na pewno przy następnej wyprawie do Azji Południowo – Wschodniej Bangkok, ze względu również na fantastyczne skomunikowanie z sąsiednimi krajami, będzie moją bazą wypadową. Mam nadzieję, że już za pół roku!

Tajlandia

Zwykły wpis

Pierwsze wrażenie z Tajlandii: przyjechałam do cywilizacji. Andrzej Meller, podróżnik i autor książki, którą ostatnio czytałam, napisał, że w dzisiejszym świecie podróże w czasie są możliwe. Wystarczy przelecieć się z Indii do Tajlandii, i przeskakuje się o sto lat. Święta prawda.

Jest czysto, punktualnie, jest papier toaletowy, są sklepy a nie stragany (w tej kwestii jest nawet lepiej niż w Polsce, bo są moje ukochane sieci typu 7Eleven, gdzie o każdej porze dnia i nocy można zaopatrzyć się w gorącą lub zimną kawę, tackę z ciepłym jedzeniem lub zupkę chińską/tajską zalaną wrzątkiem). Bangkok co prawda widziałam tylko z okien metra i pociągu, ale wyglądał jak miasto, a nie jak parunastomilionowa wioska (Kalkuta).

Organizacja turystyczna jest nieprawdopodobna: wpadłam na dworzec 3 minuty przed odjazdem pociągu. Na wejściu było okienko „turist office”, które zignorowałam, więc pani pobiegła za mną, zapytała gdzie chcę dojechać, pobiegła do kasy ignorując kolejkę i w międzyczasie machając do maszynisty, żeby nie odjeżdżał. W ciągu 15 sekund załatwiła mi bilet, w dodatku bilet łączony z katamaranem i autobusem bezpośrednio na wyspę, na którą chciałam pojechać (o czym pani nie poinformowałam, ale najwyraźniej inna opcja nie wchodziła w grę). Następnie pani wsadziła mnie do pociągu. Klimatyzowanego, z kuszetkami z pościelą i stolikiem. Pan z obsługi przyszedł po kolacji, rozłożył kuszetki i zasłał je pościelą w woreczkach z pralni. Jedna kołdra przypadkiem spadła mu na ziemię, więc poszedł, i wymienił na nową. (Mimo, że osoba, która miała pod nią spać tego nie widziała :P). Miałam najwygodniejszą podróż pociągiem w życiu, aczkolwiek ta przyjemność trochę kosztowała. W drogę powrotną planuję wybrać się autobusem, który jest dwa razy tańszy. I chyba też klimatyzowany :).

A tak poza tym, ponieważ spędzam czas na wyspie, gdzie na zmianę leżę w hamaku w swojej chatce pod palmami, kąpię się w morzu (po południu woda przy brzegu była taka ciepła, że nie zauważyłam,kiedy do niej weszłam), i udaję że pracuję, to o samej Tajlandii i Tajach mam niewiele do powiedzienia. Ludzie mili, kuchnia dobra, aczkolwiek indyjska mi bardziej smakuje. Z rzeczy zaskakujących: raz kupiłam butelkę taniego piwa które okazało się być białym winem. A wczoraj kupiłam pączka na patyku polanego sosem czekoladowym. W środku znalazłam parówkę. Rozumiem, że Tajowie uwielbiają parówki, ale to było naprawdę dziwne.

Turystów za dużo nie ma, w końcu sezon się skończył, a pogoda jest dość nudna: przez pierwsze dwa dni było pochmurnie, ale od tygodnia już nie ma tego polskiego dreszczyka emocji przy wyglądaniu za okno rano: pada czy nie pada? Ciągle słońce, gorąco i pięknie. Klimat genialny.

I to by było na tyle w kwestii moich doświadczeń. Na razie ekscytująco nie jest, ale w przyszłym tygodniu będę w Bangkoku i dwóch innych starożytnych stolicach, no i będę mieszkała w domu u Taja, to może będzie coś ciekawszego do opisania. Na razie wrzucam kilka plażowych zdjęć 🙂 (co by się pochwalić jak mi fajnie :P)

Pożegnanie z Indiami

Zwykły wpis

Po półrocznym pobycie w Indiach pakuję plecak i jadę dalej. O ile nie spóźnię się na lotnisko, co nie jest wcale nieprawdopodobne, biorąc pod uwagę lokalny transport, to już za trzy dni będę smażyć się na rajskiej tajskiej plaży o bardzo śmiesznej nazwie której nie jestem w stanie zapamiętać :).

Wspomnienia z ostatnich dni mam świetne, bo zamiast pojechać do Kalkuty, pojechałam do małego miasteczka niedaleko Darjeeling, gdzie też są pola herbaciane i klasztory buddyjskie, ale nie ma tłumu turystów i setek trąbiących jeepów. Regularnie nie ma też prądu, bo ponoć miasteczko jest zasilane prądem z elektrowni wodnej, a teraz nie pada, chociaż powinno, więc jest susza. (Tak, w związku z tym wody też nie ma).

Są za to fantastycznie ludzie, mieszkam u świetnej rodziny w domku przy łące, więc nocami grają cykady i świerszcze (i wielkie żuki obijają się po ścianach), a w dzień śpiewają ptaki. Miła odmiana po ostatnich dniach, i świetne miejsce, żeby na koniec mieć miłe wspomnienia.

Indie były dobrym domem przez te pół roku i na pewno jeszcze tu wrócę, pewnie dość niedługo, ale raczej nie jest to miejsce, gdzie mogłabym mieszkać na stałe ;).

Lubię ten kraj, mimo że momentami doprowadza mnie do szaleństwa, poznałam tu dużo bardzo wartościowych, i często bardzo inspirujących osób. No i widziałam miejsca i sytuacje, których poziom abstrakcji zdecydowanie przerastał moją wyobraźnię!

Chwilowo czas się pożegnać, ale to, co tu przeżyłam, trudno będzie zapomnieć. Na szczęście wspomnienia są głównie  pozytywne, te negatywne blakną bardzo szybko, albo stają się prześmieszne.

Tak więc, do zobaczenia Indio!

No i jeszcze w ramach autoreklamy: owoc mojej pracy w ciągu ostatnich miesięcy:

http://www.architekcipodrozy.pl/

Zapraszam 🙂

Miasto w chmurach

Zwykły wpis

Darjeeling, położone na wysokości 2150 metrów n.p.m. jest znane z niesamowitych widoków na najwyższe pasmo Himalajów, oraz z pól herbacianych. Widok na góry powinien wyglądać tak:

http://www.google.co.in/imgres?hl=pl&sa=X&biw=1366&bih=667&tbm=isch&prmd=imvnsr&tbnid=if3-PeR6nAEOuM:&imgrefurl=http://mungpoonews.blogspot.com/2011/06/sunrise-in-darjeeling.html&docid=vL-smbkeucsR8M&imgurl=http://2.bp.blogspot.com/-MSr-ZyUMKgQ/TfGHFtViklI/AAAAAAAAAlI/PFpZ2ZSFubg/s1600/darjeeling.gif&w=1024&h=768&ei=5LnBT-28MofxrQfcg_XiCQ&zoom=1&iact=hc&vpx=883&vpy=134&dur=2&hovh=194&hovw=259&tx=168&ty=69&sig=109559624611401715691&page=1&tbnh=151&tbnw=199&start=0&ndsp=18&ved=1t:429,r:10,s:0,i:90

Tymczasem, przez około 330 dni w roku wygląda tak: 😉 Chmury pokrywają absolutnie wszystko dookoła i przenikają całe miasto, co sprawia, że jest to najwilgotniejsze miejsce, w jakim kiedykolwiek byłam.Widoczność często spada do jakichś 100 metrów. Mój turystyczny ręcznik, który normalnie schnie około 15 minut, od trzech dni jest permanentnie mokry. W dodatku widziałam największego pająka w życiu.
Pokoje w hotelach, nie dość, że absurdalnie drogie, to jeszcze ociekają wilgocią. Miasto jest do tego stopnia oblężone przez turystów, głównie Hindusów, że jest to pierwsze miejsce, w którym nie mogłam znaleźć noclegu. Wydało mi się ono podejrzane już w momencie, w którym wysiadłam z jeepa, ale nie obskoczył mnie tłumek Hindusów oferujących „cip rum”. Po obejściu jakichś 10 hoteli, w których nie było wolnych pokoi, udało mi się znaleźć miejsce w dormitorium, o którego stanie nawet nie chcę pisać. Dopiero następnego dnia udało mi się dostać pokój, o którego stanie również nie chcę pisać ;). W każdym razie nie ma prysznica, bo w Darjeeling jest niedobór wody, i w większości tańszych hoteli do dyspozycji gości są wiadra z gorącą wodą. Spora część domów w ogóle nie ma bieżącej wody. Na szczęście odkryłam, że tuż obok mojego pokoju jest prysznic z gorącą wodą, którego używa chyba rodzina prowadząca hotel. No i obecnie ja :).

Darjeeling jest bardzo popularne wśród Hindusów głównie z tego powodu, że jest tu chłodno. W centrum kraju jest obecnie jakieś 37-44 stopnie, i w dużych miastach po prostu nie da się oddychać, więc ludzie masowo wyjeżdżają do górskich kurortów. (A pewna bardzo inteligentna turystka z Polski w przyszłym tygodniu wybiera się do Kalkuty, gdzie w dodatku zaczyna się monsun. Będzie wesoło, haha). Im dłużej podróżuję, tym bardziej doceniam polski klimat umiarkowany.

Pierwszego dnia Darjeeling rozczarowało mnie strasznie, ale drugiego dnia doszłam do wniosku, że mimo iż jest inaczej, niż się spodziewałam, to i tak jest tu pięknie. Chmury i mgła też mają swój urok, bo lasy, w których rosną bambusy, palmy, kilkunastometrowe juki, wielkie kryptomerie i różne inne dziwne twory roślinne, wyglądają fantastycznie. W okolicy jest sporo przepięknych świątyń buddyjskich – Darjeeling leży w części Indii wciśniętej pomiędzy Nepal i Bhutan, więc buddyzm tutaj kwitnie, a małe domki położone na stokach gór są pełne kwiatów. Lokalni ludzie – mieszanka Hindusów, Nepalczyków i Tybetańczyków, są przemili.

No i są pola herbaciane, po których chodzą kobiety z wiklinowymi koszami i zbierają liście, i jest sporo fabryk, gdzie można obejrzeć proces powstawania herbaty od listka do paczki :). Nawet można kupić legalną wołowinę, wystawioną na widok publiczny podobnie jak na zdjęciu ze sklepem z wieprzowiną ;).
Masa kolorowych straganów w centrum miasta jest przepełniona nieprawdopodobnym kiczem – coś jak u nas na odpuście na wsi 10 lat temu – Hindusi lubują się w kiczu, więc ulice, przy których są stragany są koszmarnie zapchane. Jest też sporo bardzo malowniczo wyglądających straganów z lokalnym jedzeniem – mieszanką kuchni chińskiej, indyjskiej, tybetańskiej i europejskiej.
No i oczywiście wszechobecne herbaciarnie ze słynną herbatą Darjeeling :).

Jest nawet japońska „pagoda pokoju”, dzieło pewnego japońskiego mnicha, który w ramach szerzenia pokoju i promowania społeczeństwa bez broni nuklearnej jeździł sobie po świecie i budował dziesiątki takich białych wielkich konstrukcji. Cóż, co kto lubi…

Tylko te góry, które ponoć są, ale ich nie ma…

Śladami Beatlesów

Zwykły wpis

Beatlesi przyjechali do Rishikeshu w 1968 roku, szukać duchowego oświecenia oraz ćwiczyć Transcendentalną Medytację pod przewodnictwem indyjskiego guru. Chodzą słuchy, że guru, twierdzący między innymi, że potrafi lewitować, nie do końca okazał się tak świętym człowiekiem, jakim miał być, i dość mocno oszukał muzyków, aczkolwiek przedstawiciel zespołu zdecydowanie zaprzeczył tym pogłoskom. Niezależnie od stopnia zadowolenia Beatlesów z pobytu w Indiach, to tu powstała większość utworów z White Album.

Obecnie Rishikesh, jedyne miasto w Indiach, jakie odwiedziłam do tej pory w którym nie ma innych świątyń niż hinduistyczne (które za to znajdują się absolutnie wszędzie), jest przepełniony hinduistycznymi pielgrzymami, przybywającymi do miejsca, gdzie jeszcze czysta Ganga wypływa z Himalajów, oraz zachodnimi turystami, szukającymi „duchowego oświecenia”. Praktycznie każdy hotel oferuje codzienne zajęcia z yogi oraz medytacji, w dodatku w co najmniej kilku odmianach – zachwyciła mnie „sleeping meditation”, aczkolwiek jeszcze nie zdobyłam się na spróbowanie ;). Są też kursy reiki, ajurwedy, masażu i wszystkiego, co teoretycznie ma cokolwiek wspólnego ze sferą duchową człowieka. Na każdym kroku jest aśram, gdzie bardziej lub mniej uczciwy guru oferuje naukę yogi oraz osiągnięcie spokoju ducha. Najstarszy yogin ma 103 lata, oraz, według plakatu, 84 lata doświadczenia w nauczaniu yogi. Na zdjęciu wygląda, jak by od tychże 84 lat nie jadł.

Miasto nie jest najpiękniejsze, delikatnie mówiąc, ale jest relatywnie mało brudne, no i obecność rzeki, w której można się wykąpać, oraz duża ilość świetnych restauracji w których można zjeść śniadanie lub kolację z widokiem na Ganges sprawiają, że jest tu w miarę znośnie. Krowy chodzą tu już nie stadami, ale hordami, i dzielą się na trzy grupy: byki, cielaki, i krowy w ciąży. Najwyraźniej dość dobrze im się powodzi :).

Drugą obok krów wyróżniającą się swiętą grupą są saddhu –święci mężowie w pomarańczowych szatkach, których część prosi o pieniądze, a część woła śpiewnie do turystów: How are you? Wanna smoke? Hashish? Marijuana?

Kąpiel w rzece wcale nie jest taka prosta – jak już znalazłam sobie odludną plażę oddaloną od miasta, w miejscu gdzie nurt był wolny, a brak ludzi dawał nadzieję na kąpiel w stroju kąpielowym bez bluzki i spodni nałożonych na niego, a nawet na wygrzanie się potem w słońcu w tymże stroju kąpielowym, to kiedy chciałam zacząć się rozbierać, spod skały wyskoczyło dwóch policjantów i poinformowało mnie, że kąpać się wolno tylko w wydzielonych miejscach – ghatach. Koniec końców wykąpałam się w mieście, co sprawiło, że do wody grzecznie weszłam w ubranku, jak pobożna hinduistka.

Ponoć sporo osób tonie co roku w Gangesie w tej okolicy, ale to wynika z jednego prostego faktu – Hindusi kompletnie nie umieją pływać. Widziałam mężczyznę, który zaczął tonąć metr od brzegu, a trzech innych, też nie umiejących pływać, dość nieporadnie starało się mu pomóc. Notoryczny w Indiach brak umiejętności przewidywania sprawia, że sporo osób i tak kąpie się w miejscach do tego nieprzeznaczonych, w dodatku z bardzo silnym nurtem.

A ja tutaj żyję sobie jak typowa znudzona życiem europejska turystka :). Chodzę na jogę dwa razy dziennie, gdzie przyodziany w białe szatki pan z gęstą brodą i przydługimi, nienagannie ułożonymi włosami każe mi się wyginać w pozycję wielbłąda tudzież kobry tłumacząc przy tym, co jest dobre dla kręgosłupa, co dla kolan, a co pomaga na zatwardzenie. Nic dziwnego, że jogini dożywają setki :). Po jodze idę na pyszne jedzenie – według wskazań yogi powinno być wegetariańskie, bez jajek, czosnku i cebuli oraz bez tłuszczu i ciężkich sosów (korzonki to chyba jedyne, co zostaje), w związku z czym w całym Rishikeshu jest może jedno miejsce, gdzie serwują mięso (podobno, bo go nie widziałam). Alkoholu nie ma nigdzie. Na szczęście serwują jajka do śniadań a nawet smażone ziemniaki :).
Po jedzeniu idę podziwiać święte krowy nad rzeką, a niedługo potem idę znowu na yogę i powtarzam cykl. Jeszcze tylko medytacji mi do kompletu brakuje, żeby rozwinąć duchową stronę mojej osobowości. Chociaż jak na razie,  buczenie świętej sylaby om na początku i końcu każdych zajęć całkowicie, a nawet z nadwyżką, zadowala moje potrzeby duchowe. Dobrze, że to tylko kilka dni :).

Z Rishikeszu wsiadam w pociąg na wschód, 12 godzin do Lucknow, tam kilka godzin przerwy i kolejna doba w pociągu, tym razem do Darjeeling – miejsca, gdzie zbiera się herbatę z widokiem na Mount Everest.

Indyjskie Zakopane

Zwykły wpis

Prawie 12 godzin w indyjskim autobusie klasy „ordinary” (twarde siedzenia z oparciami pod kątem 90stopni, 3 osoby w rzędzie), bardzo kręta górska droga (albo raczej ubity trakt) wzdłuż rzeki. Na skarpie po drugiej stronie małe domki zawieszone nad urwiskiem i bajkowa świątynia, do której można się dostać jedynie przeprawiając się łódką przez rzekę. No i białe szczyty gór na horyzoncie. Po drodze skały z rysunkami sierpa i młota – w biednych rejonach północno-wschodnich Indii szerzy się partyzantka maoistyczna, która obecnie jest uważana za największe zagrożenie dla bezpieczeństwa wewnętrznego kraju – jednak nie muzułmanie, a komuniści sieją tu największy zamęt. Poza tym, legalnie działająca partia, której symbolem jest radziecki sierp i młot też ma sporo sympatyków, oceniając po ilości plakatów w niektórych miastach.

12-godzinna podróż, po której czułam się jakbym przekroczyła granice co najmniej trzech krajów, zaprowadziła mnie do miasta oddalonego o jakieś 240 km od Dharamsali. Nawet dla maniaka publicznych środków transportu jakim jestem to było ciut za dużo. No, ale dojechałam :). Drogi bardziej na północ są zamknięte aż do czerwca ze względu na śnieg, a torów kolejowych nie ma.

Autobus zawiózł mnie do miejscowości Manali, takiego indyjskiego Zakopanego. Miasteczko jest pełne turystów, zarówno Hindusów jak i cudzoziemców. Główna ulica dość mocno przypomina Krupówki, tylko zamiast zdjęcia z misiem można zrobić sobie fotkę z jakiem i angorskim królikiem, ewentualnie białą owieczką. Zamiast oscypków specjalnością tu jest ser z jaka :).
Jedzenie na północy, w miejscach, gdzie przyjeżdża sporo turystów z Zachodu jest fantastyczne – w Manali nawet mieli sznycle :p, ale ogólnie jest dostępna kuchnia prawie z każdego zakątka świata (szczególnie dużo izraelskiego jedzenie – bardzo dużo Izraelczyków przyjeżdża do Indii, ponoć głównie zrelaksować się po dwuletniej służbie wojskowej), a jedzenie jest świeże, pyszne i napakowane warzywami. No i świeże soki :).

Manali jest kolejnym miejscem, gdzie nie do końca czuję się jak w Indiach – mnichów buddyjskich co prawda mniej, chociaż kilka klasztorów tybetańskich się znajdzie, ale ludność tu wygląda i ubiera się trochę inaczej (większość mężczyzn nosi śmieszne okrągłe czapki), i architektura zupełnie inna – po raz pierwszy widziałam w Indiach drewniane budynki. Też trochę podobne do naszych góralskich chat, z tym że tu ze względu na częste trzęsienia ziemi większość budynków jest budowana warstwowo z drewna i kamienia, co ponoć zwiększa odporność na wstrząsy.

W Manali spędziłam parę dni chodząc po górach i ćwiczą grę w Backgammona wieczorami, w absolutnie cudownej knajpce z pysznym jedzeniem, świetną muzyką i bardzo dobrą obsługą.

A później wsiadłam w kolejny autobus – tym razem jedynie 9 godzin (niecałe 200km) – klasy „Semi-deluxe” rozkładane siedzenia, ale jak ktoś z przodu się rozłoży to osoba z tyłu nie ma co zrobić z nogami (nie żeby Hindusi się przejmowali) i pojechałam do kolejnej miejscowości u podnóża Himalajów – Shimli. Tu dla odmiany byli prawie sami Hinduscy turyści i brak tanich miejsc noclegowych – w końcu zatrzymałam się w YMCA – w najdziwniejszych snach by mi nie przyszło do głowy, że będę spała w YMCA w Indiach, ale cóż – przynajmniej było czysto. Shimla nie wyróżniała się niczym szczególnym poza brakiem krów oraz główną ulicą zamkniętą dla ruchu (zbyt cicho jak na Indie), no i parunastometrowym posągiem Hanumana – boga-małpy, który patrzył na miasto z wysokości sporego wzgórza, po drodze do którego biegały stada jego pobratymców. Małpy „polują” na wszystko, co mogą „ukraść” pielgrzymom, i nie oddają, dopóki nie dostaną jedzenia w zamian. U podnóża góry można wynająć sobie kij do odganiania małp :).

Po dwóch dniach i jednej nocy w Shimli – kolejne 200km i 12 godzin w autobusie – tym razem klasy deluxe: miejsce jest nawet po rozłożeniu siedzenia osoby z przodu, ale za to jest też bardzo głośne DVD z bollywoodzkimi hitami wątpliwej klasy – pojechałam do Rishikeshu – „ światowej stolicy yogi”, położonego w miejscu, gdzie jeszcze czysta Ganga wypływa z Himalajów.

Dharamsala

Zwykły wpis

Słowo „dharamshala” oznacza w hindi rodzaj domu pielgrzyma, gdzie wyznawcy danej religii, albo członkowie np. grupy etnicznej czy kasty mogą odpocząć podczas wędrówki lub zatrzymać się na parę dni. Samo słowo znaczy mniej więcej „sanktuarium”

Miasto, które dzięki Hindusom stało się domem Tybetańczyków, oczekujących na możliwość powrotu do ojczyzny, wzięło swoją nazwę co prawda już w XIX wieku od małej chatki, stojącej gdzieś na zboczu góry, ale dość dobrze opisuje funkcję, jaką pełni Dharamsala obecnie.

Na ulicach widać tybetańskich mnichów z młynkami modlitewnymi, zarówno dorosłych, jak i dzieci, ponieważ mnichem wg tradycji tybetańskiej zostaje się we wczesnym dzieciństwie, kobiety tybetańskie w tradycyjnych strojach, Hinduski w równie tradycyjnych strojach, turystki w kolorowych indyjskich spodniach (najwygodniejsza rzecz na świecie) i świeckich facetów wszelkich wyznań standardowo w dżinsach :). Dodatkowo Tybetańczycy są obowiązkowo wyposażeni w różaniec.

Trochę nie wiadomo, w jakim kraju się jest – białych turystów jest tu chyba więcej niż Hindusów, którzy jak wszędzie plują, charkają i sikają wszędzie, do tego Tybetańczycy, charakteryzujący się nieco wyższą higieną osobistą w zachodnim rozumieniu, oraz paru Chińczyków, co mnie dość zaskoczyło. Jest nawet chińska restauracja, Common Ground, mająca być punktem zetknięcia obu kultur, co zresztą jest jak najbardziej godne z wizją Dalaj Lamy. (No i mają pyszne jedzenie, chociaż mi tu coraz bardziej brakuje porządnego, pikantnego radżastańskiego jedzenia. Ostatnio, jeśli przy jedzeniu nie cieknie mi z nosa i nie pieką mi usta to uznaję, że było mdłe. (Według Hindusów naprawdę dobry posiłek jest wtedy, kiedy woda wypływa z nosa, oczu i uszu – do etapu uszu jeszcze nie doszłam). Tybetańskie pierożki momo i smażone makarony z tofu są pyszne, ale to jednak nie to samo…))

Wiele restauracji, w tym wspomniana chińska, działa na zasadzie non-profit, oddając zyski na fundacje wspierające kształcenie mnichów czy tybetańskich dzieci oraz promowanie kultury. Bardzo wiele osób mieszkających tutaj angażuje się w wolontariat, również mający na celu zwiększenie świadomości o sytuacji Tybetańczyków lub kształcenie młodzieży.

Tybetańczycy, mimo że minęło ponad 50 lat od kiedy się tu sprowadzili, wiąż czekają na powrót do kraju. Dzieci urodzone w Indiach mają status uchodźców, a nie obywatelstwo indyjskie, aby, jak tłumaczył mi pewien mężczyzna, było mniej problemów z powrotem do domu. Mają swoje szkoły i system kształcenia, klasztory oraz centra kultury. Paradoksalnie, dopiero po tym, jak utracili swój kraj świat zainteresował się i odkrył ich dziedzictwo, które w dużej mierze dzięki temu może przetrwać.

W Dharamsali jest masa centrów medytacyjnych, miejsc, gdzie można studiować jogę, medytację, buddyzm i inne elementy kultury Wschodu. Część jest prowadzona przez mnichów, część przez Hindusów, a dziś dostałam ulotkę od białych dziewczyn z propozycją jogi tantrycznej w ramach poprawy życia seksualnego. Mnisi nie byliby by zachwyceni, ale szarlatanów tu też nie brakuje. Przed buddyjską świątynią żebrzą Hindusi przebrani za buddyjskich mnichów :).

Sporo ludzi zostaje tu na dłużej, są wśród nich zarówno maniacy „retreatów” oraz buddyjscy neofici, jak i ludzie, któym po prostu odpowiada lokalny klimat, atmosfera miejsca i widoki za oknem :).

Niezależnie od celu przyjazdu, miejsce jest naprawdę godne polecenia nawet na dłuższy pobyt. Nawet jak się podczas medytacji nie jest w stanie wysiedzieć dłużej niż 10 minut – prawdopodobnie jak ja, chociaż jeszcze nie próbowałam…

Na północ

Zwykły wpis

Rzuciłam pracę, spakowałam rzeczy, wysłałam 11-kilogramową paczkę do Polski, resztę zapakowałam do plecaka, który ledwo jestem w stanie unieść – nie mam pojęcia jakim cudem tego zrobiło się tak dużo – i pożegnałam się z miejscem, które ostatnie ponad cztery miesiące było moim domem. Bardzo dobrym domem. Jaipur może nie jest najlepszym miejscem na świecie do życia, ale rodzina, u której mieszkałam, i ludzie których poznałam, są fantastyczni.

Wsiedliśmy w pociąg do Amritsaru – niecałe 1000 km, całe 20 godzin. Na szczęście lubię pociągi, i już mi nawet nie przeszkadza, że się czasami spóźniają. Shanti shanti :).

W Amritsarze znajduje się Złota Świątynia, centralne miejsce kultu Sikhów – grupy religijnej powstałej w XVI wieku jako reakcja na kastowość oraz niesprawiedliwość hinduizmu. W ich szeregi weszli zarówno hinduiści, jak i muzułmanie. Obecnie Sikhowie mieszkają głównie w stanie Punjab, niedaleko granicy z Pakistanem, gdzie stanowią ponad 60% ludności.
Sikhów płci męskiej wizualnie wyróżnia turban, skrywający nigdy niestrzyżone włosy, zaplecione w warkocz i zebrane w kulę w górze głowy. Turbany występują we wszystkich możliwych kolorach, np. różowym pod kolor różowej koszuli, albo wściekle zielonym pod kolor zielonych trampek. Wyżsi rangą policjanci mają czerwono-granatowe turbany z frędzlami.

Złota Świątynia zapisała się w historii Indii dość tragicznie. W 1919 roku Anglicy dokonali tam masakry na ludności cywilnej, w której zginęło około 1500 osób, zebranych na placu mimo brytyjskiego zakazu zgromadzeń, ale w pokojowym celu – wszyscy byli zwolennikami Gandhiego i jego polityki bez przemocy. Ironicznie, w 1984 premier już niepodległych Indii Indira Ghandi przeprowadziła atak na sikhijskich separatystów, co doprowadziło do śmierci prawie 500 cywilów, a samą premier kosztowało życie – wkrótce po tym zginęła z ręki swojego sikhijskiego ochroniarza. Akcja do tej pory budzi bardzo duże kontrowersje, zaś po śmierci premier nastąpiły masowe mordy na sikhach, które kosztowały życie ok. 5000 ludzi. Hindusi zresztą uwielbiają mordować się w imię religii wszelakich, ale o tym może następnym razem.

Obecnie Amritsar jest bardzo spokojny i bardzo religijny, a w świątyni gromadzą się wyznawcy wszystkich religii, bo naprawdę jest warta odwiedzenia, szczególnie o zmroku.

Jedną z zasad sikhizmu jest dbanie o biednych i głodnych, więc prawie w każdej świątyni znajduje się darmowa stołówka, gdzie każdy może dostać posiłek. Całkiem niezły swoją drogą. W Amritsarze jednocześnie je parę tysięcy osób w wielkiej sali – iście nie-Hinduska organizacja, bo wszystko działa świetnie :).

Z Amritsaru jechaliśmy w Himalaje, do Dharamsali. Pociąg miał być o godzinie 15, ale pół godziny wcześniej powiedziano nam, że żaden pociąg tego dnia nie odjedzie, bo zepsuły się tory i trzeba je naprawić. Poszłam oddać kupione wcześniej bilety, a pani w kasie powiedziała, że późniejszy pociąg jednak pojedzie. Po kolejnej wizycie w informacji i staniu w nie do końca zorganizowanej hinduskiej kolejce okazało się, że owszem, tory naprawiono szybciej i pociąg o 18 odjedzie. I odjechał, jedyne 30 minut później :).

Ponieważ jeden pociąg „wypadł”, to na peronie zebrał się tłum ludzi. Hindusi w tłumie tracą jakiekolwiek oznaki zdrowego rozsądku i zaczynają się koszmarnie pchać. Tym razem nie było inaczej, ludzie zaczęli pchać się do wejścia zanim ludzie w środku zdążyli wyjść, w związku z czym wejście do pociągu było zablokowane, dopóki policjant w paradnym turbanie nie zainterweniował, odpychając od drzwi tłum dobijających się ludzi. Dodam, że ja weszłam przez okno (normalnie jak powrót z Woodstocku), z pomocą bardzo sympatycznego nauczyciela, z którym miałam całkiem ciekawą konwersację podczas jazdy.
A po drodze krajobraz prawie jak i nas – brzozopodbne drzewa i pola pszenicy gotowej do zbiorów. Za parę tygodni widoki się zmienią – pszenicę zastąpi ryż, więc już nie będzie tak swojsko.

Pociąg miał nas dowieźć do miejsca, w którym mieliśmy się przesiąść w autobus do Dharamsali, ale ponieważ dojechaliśmy późno, na autobus trzeba było czekać do rana.

W końcu, w sobotę wczesnym popołudniem, z niespełna dobowym opóźnieniem dotarliśmy pod Himalaje.
Miałam dość duże wątpliowści, czy po jaipurskich upałach lokalne 18 stopni i częste deszcze będą jawiły mi się jako niebo, czy może raczej jako piekło, ale jest całkiem dobrze. Powietrze, mimo wysokości ponad 2000 metrów, składa się z dużo większej ilości tlenu niż w centrum kraju, gdzie dawno temu wyparły go spaliny.

W Dharamsali jest zdecydowanie bardziej tybetańsko niż hindusko, czyli ciszej i czyściej, no i widoki oraz trasy trekkingowe są niesamowite. Następnych parę dni spędzimy tutaj, a potem jedziemy odkrywać dalsze partie Himalajów.